Zaznacz stronę

Z cyklu: Wyhoduj sobie kręgosłup

Każde stanowisko niesie ze sobą konkretny zakres obowiązków i odpowiedzialności. Każda praca, która przestaje stawiać przed Tobą nowe wyzwania bardzo szybko wypala i staje się zwyczajnie nudną. Dzisiaj jednak przychodzi nam się mierzyć z zupełnie nowym wyzwaniem – wypaleniem osobowości. Od kilku lat na rynku pracowników pojawia się coraz więcej osób szukających prostej, nudnej, niewymagającej i dobrze płatnej pracy. Do tego osób ze znikomym doświadczeniem, kompletnym brakiem dyscypliny i z roszczeniowym charakterem 2-latka. Czy to duch naszych czasów? Czy może błędy wychowawcze? A może wszystkiemu winne są frytki, platformy VOD i media społecznościowe?

To nie jest w moim zakresie obowiązków

Pamiętam, gdy w 2007 roku pisałem artykuły dla jednego z dodatków komercyjnych do gazety prawnej. W tamtych czasach istniały trzy, Forum Biznesu, Biznes Raport i Puls Biznesu, a ja na przestrzeni dwóch lat, miałem przyjemność pracować w dwóch z nich. Celowo nie podam zbyt wielu szczegółów, aby bohaterka mojej przypowieści, jeśli przypadkiem trafi na tę publikację, nie musiała się ponownie wstydzić.

Redaktor naczelna rzeczonego dodatku, wychodząc wcześniej z biura, rzuciła na odchodne do mojej redakcyjnej koleżanki, „Pani Moniko, niech Pani przed wyjściem podleje kwiatki”. To krótkie, zwyczajne, wręcz prozaiczne zdanie dało początek dramatycznemu rozwojowi wydarzeń. Usłyszawszy je, Monika stanęła na równe nogi, oblała się rumieńcem zażenowania i piskliwym, lekko zadyszanym głosem spytała: „Słucham? Co mam zrobić?”.

Gdy naczelna ponowiła prośbę, Monika, wyprostowana jak gryf kontrabasu, z uniesionym dumnie czołem wysapała: „Wypraszam sobie. To nie jest w moim zakresie obowiązków!”. Biedna dziewczyna myślała pewnie, że jest dziennikarką i taka prośba jest poniżej jej godności. Prawda jednak była zupełnie inna. Wszyscy byliśmy zwykłymi pismakami, którzy za pieniądze tworzyli w pełni autoryzowane artykuły o spółkach, firmach, kasach, funduszach, itp. Każdy kto miał trochę gotówki na zbyciu, mógł znaleźć się na naszych łamach. Nieświadomym od razu podpowiem, że dokładnie tak działają wszelkiego rodzaju publikacje sponsorowane w komercyjnych gazetach, czasopismach i na portalach redakcyjnych. Jednak opisuję tę historię nie dlatego, aby odkryć przed Tobą arkana mediów papierowych, ani nie po to, żeby korygować sposób myślenia Moniki.

Piszę o tym zdarzeniu, które przez swoją absurdalną naturę wbiło się w moją pamięć, ponieważ bardzo dobrze opisuje ono sposób myślenia wielu osób na dzisiejszym rynku pracy. Myślenie w stylu „Nie podleję kwiatków, bo to nie mój zakres obowiązków” widzimy dzisiaj wszędzie.

Przecież jestem gwiazdą

W 2007 roku Monika była jednostkowym przypadkiem. Dzisiaj to nic nadzwyczajnego. Takie wybujałe przekonanie o własnej wartości rodzi się już w młodym wieku, przed ekranem telefonu komórkowego. Pół godziny przed przełknięciem śniadania młody człowiek jest zapewniany o swojej jakości kilkunastoma polubieniami pod opublikowanym o poranku postem. Ta wiara we własną wyjątkowość jest dodatkowo umacniana przez nieobecnych, albo leniwych życiowo rodziców. Biedny nastolatek nie ma nad sobą nikogo, kto szybko sprowadziłby go na ziemię.

Oczywiście w dużym stopniu  upraszczam. Nie jestem ani psychologiem, ani nie zamierzam w tej publikacji uczyć nikogo wychowywania dzieci. Nie o tym jest ten artykuł. Tym zagadnieniom przyjrzymy się wspólnie bardziej szczegółowo w przyszłości. Przejdźmy zatem dalej.

Studia, pierwsza praca, pierwsze rozczarowanie. Druga praca, drugi zawód. Trzecia praca i kolejne niepowodzenie. Okazuje się, że dorosłe życie i kariera zawodowa są trudniejsze niż to się wydawało. Pochwały znajomych na nic się nie przydają na szeregowym stanowisku w korporacji. Fałszywe poczucie własnej wartości szybko znika, gdy szef wymaga nadgodzin, a marzenia o wyjątkowej, ciekawej i ekscytującej pracy obracają się w niwecz między kolumnami kolejnego arkusza w excelu. Aż człowiek ma ochotę powiedzieć „Witaj w prawdziwym świecie kruszyno. Tutaj dla nikogo nie jesteś gwiazdą. Masz za to szansę wyjść ze swojej strefy komfortu i wreszcie rozwinąć skrzydła.”

Strefa zniewolenia

Gdy patrzę na niektórych 20-latków  nie mogę oprzeć się wrażeniu, że klasyczne zachęcanie ich do wyjścia ze swojej strefy komfortu jest zwyczajną stratą czasu. Żeby z takiej strefy wyjść, trzeba ją najpierw mieć. A strefa komfortu młodych pokoleń zdaje się być tak malutka i ciasna, że prędzej nazwałbym ją strefą zniewolenia. I obawiam się, że jej przełamanie wymaga terapii wstrząsowej.

Nie piszę oczywiście o całości populacji 20-latków. Jednak omawiane przeze mnie zjawisko jest kilkukrotnie większe niż dwie dekady temu. Zderzenie z rzeczywistością powoduje, że młode osoby bardzo źle radzą sobie z potknięciami i porażkami. Reagując ucieczką, zamiast zaatakować i rozwiązać problem, w obliczu kolejnych wyzwań tracą wiarę w to co robią. Szybko podnoszą ręce w geście porażki i rezygnują. Im dłużej powiela się ten proces tym trudniej jest im odnaleźć się w  zawodowych realiach.

Można szukać winnych i zastanawiać się jak ten problem rozwiązać. Proponuję jednak proste rozwiązanie. Odrzućmy ten psychologiczny parasol ochronny i pozwólmy tym osobom na kolejne błędy. Może, po tuzinie niepowodzeń zrozumieją, że praca rzadko bywa łatwą, a żeby robić to co się kocha i dobrze na tym zarabiać, trzeba najpierw pokonać wiele zawodowych trudności. Tak właśnie zdobywa się doświadczenie.

Zawód cykor

Zanim podzielę się jeszcze jedną, tym razem pozytywną historią, chciałbym zwrócić Twoją uwagę na zawodowych uciekinierów. To osoby, które zmieniają prace jak rękawiczki. Sam zmieniałem prace ponad 30 razy na przestrzeni 26 lat. Powodowały mną niskie zarobki, brak możliwości rozwoju, albo szefostwo, które ewidentnie jechało na moich umiejętnościach jak na łysym koniu. Nie wzbraniałem się nigdy przed wyzwaniami, z chęcią uczyłem się nowych zachować, praktyk i narzędzi. Nie byłem nigdy cykorem.

Pracując z ludźmi często spotykam się z osobami szukającymi swojej zawodowej drogi w stylu uciekiniera. Co tydzień czytam historie zawodowych cykorów na LinkedIn i ich sfrustrowane komentarze pod profilami firm na facebooku. W  moim słowniku zawodowy cykor to osoba, która przechodzi proces rekrutacyjny, rozpoczyna pracę na okresie próbnym i rezygnuje z niego już po kilku dniach. To  oczywiście może się zdarzyć. W ciągu kilku dni możesz zrozumieć, że praca na kuchni w wietnamskiej knajpie jednak nie jest dla Ciebie. Ale jeśli rezygnacja po kilku dniach angażu jest dla kogoś powtarzającym się schematem działania i taka osoba od roku nie potrafi znaleźć dla siebie pracy, to mamy do czynienia z cykorem.

Praca to zadania, obowiązki, wymagania, odpowiedzialność, nadgodziny, rozczarowania, stres, gonitwa, a wszystko to zazwyczaj za niskie, albo takie sobie wynagrodzenie. Właśnie dlatego nazywamy to pracą. Ktoś płaci nam za coś czego sam nie umie, na co sam nie ma czasu, lub zwyczajnie czego sam nie chce robić. To fakty, z którymi należy się pogodzić i zdobywać kolejne doświadczenia, aż do momentu, w którym dotrze do nas, że nie chcemy już dla nikogo pracować. Wtedy startujemy ze swoim biznesem, realizując swoją wizję. Na swoich zasadach.

Panie Tomku, może Pan jutro nie przychodzić

O ile pamięć mnie nie myli, ta historia miała miejsce w 2016 roku, gdy założyłem spółkę z pewnym śliskim, francuskim Kanadyjczykiem. Wiem, sam się prosiłem o kłopoty. Ale ta historia dotyczy pewnego młodego człowieka, który jest kontrą w mojej dzisiejszej dyskusji.

Tomasz M., pewien młody chłopak świeżo po maturze, został  zatrudniony przeze mnie jako stażysta. Sympatyczny, uprzejmy, wydający się być dobrym kandydatem do wykonywania powtarzalnych, nieskomplikowanych zadań. Przeglądanie firm na Śląsku, budowanie bazy potencjalnych klientów, wykonywanie pierwszych, „zimnych” telefonów, proste zadania pozwalające wyłuskać z lokalnego rynku  potencjalnych klientów dla mojej agencji reklamowej.

Szybko okazała o się, że Pan Tomek (sam zaproponował, abyśmy nie przechodzili na koleżeńskie relacje, ponieważ tak będzie bardziej profesjonalnie) nie był w stanie wykonać więcej niż 10 telefonów dziennie, a przeglądanie Google Maps w celu stworzenia prostej bazy danych wzbudzało u niego senność.

Nasza zawodowa relacja nie trwała zbyt długo. Po kilku dniach obserwowania jak Pan Tomek niemal zasypia nad klawiaturą, postanowiłem zakończyć naszą współpracę. Przyznam, zachowałem się prostacko. Pewnego dnia, gdy skończyliśmy pracę, Pan Tomek wstał od biurka, pożegnał się i wyszedł z biura. Poszedłem za nim i przez uchylone drzwi powiedziałem „Panie Tomku, może Pan jutro nie przychodzić”, po czym zamknąłem drzwi i wróciłem do  swoich zajęć.

Po niespełna godzinie Pan Tomek pojawił się w biurze i poprosił o wyjaśnienia. Skracając historię, od tego dnia nie widziałem Pana Tomka przez ponad rok. Pewnego letniego dnia spotkaliśmy się przypadkiem nad Jeziorem Paprocańskim w Tychach. Uśmiechnięty i dumnie wyprostowany Pan Tomek przywitał się ze mną, spytał co słychać, po czym podziękował za to, że go zwolniłem. Tak, dobrze przeczytałeś. Podziękował mi za zwolnienie go.

Tego dnia, który dla wielu byłby dniem raczej trudnym, Pan Tomek poczuł w sobie gniew. Ten gniew, zapewne na mnie, szybko uświadomił mu, że nie chce już nigdy dla nikogo pracować i będzie od tej pory szedł przez życie na własnych warunkach. Gdy opowiadał mi o tym, co działo się u niego przez ostatni rok, nie mogłem się nadziwić. Znalazł inwestora, był w przede dniu założenia spółki i rozkręcenia swojego biznesu. Do tego prywatnie zaczął rozwijać swoje muzyczne pasje. Historia godna pozazdroszczenia.

O ten akapit poprosiła mnie żona

Wszystkie moje artykuły czytam mojej żonie. Lubię się chwalić, a przy okazji dostaję od niej zawsze  trochę właściwej i przydatnej krytyki. Tym razem poprosiła mnie o ten akapit. Zatem, z dedykacją dla mojej żony, rozpoczynam egzekucję.

Zawodowy cykorze, usiądź wygodnie na kanapie, z kubkiem herbaty w dłoni. Drugą, wolną ręką sięgnij mocno i głęboko i wyjmij głowę ze swojego tyłka. Nic Ci się nie należy za darmo. Nie jesteś wyjątkowy, dopóki tego nie udowodnisz, a w prawdziwym życiu nie ma nagród za samo uczestnictwo. Przed Tobą w kolejce stoją doświadczeni czterdziestolatkowie, którzy kompetencyjnie zjedzą Cię na śniadanie, a za Tobą pokolenie, które bazuje na technologii. Masz zatem marne szanse na rynku i powinieneś wykorzystać je wszystkie na zdobywanie nowych umiejętności, budowanie nowych relacji i zrobienie w życiu czegoś, co czemuś się przysłuży i da Ci satysfakcję. Witaj w dorosłym świecie.

Liczby nie kłamią

Ósma edycja raportu NFJ Insights „Szczęście w pracy Polaków” z 2024 roku jasno pokazuje, że 17% osób nie lubi swojej pracy, a tylko 19% z nas poleciłoby innym swojego pracodawcę. Zatem co 6 osoba w Twoim biurze nie chce w nim być. Czy w związku z tym chcesz jeszcze pogarszać tę statystykę, zatrudniając osoby nie tyle bez umiejętności, ile pozbawione werwy, ambicji i zapału do pracy? Zakładam, że nie. I właśnie dlatego zachęcam Cię do stworzenia kuloodpornego procesu rekrutacyjnego, albo korzystania z profesjonalnych usług, sprawdzonych agencji rekrutacyjnych. A jeśli jesteś zawodowym cykorem i jeszcze nie rzuciłeś swoim laptopem o ścianę, czytając ten artykuł, to spraw sobie i mnie odrobinę radości – zacznij poważniej podchodzić do swojej pracy i swojej przyszłości. Zrozum, że człowiek czasem musi zagryźć zęby i zrobić swoje. Nie wszystko  co robimy w pracy jest przyjemne czy dające satysfakcję. Trzeba wyprostować plecy i działać.  Nie poddawaj się niepowodzeniom i nie rezygnuj zbyt łatwo. Trzymam kciuki.